piątek, 6 września 2013

Estee Lauder love...to be :)

Jedna z moich ukochanych kredek jest ze stajni EL. Dołączyła ostatnio do niej moja pierwsza "piątka"cieni Pure Color - Film Noir.


Opakowanie jest bardzo ladne, ale średnio praktyczne. Niestety na złotej, błyszczącej powierzchni, odbijają się ślady palców. Do tego, bardzo ciężko jest otworzyć opakowanie - jest to niemożliwe jedną ręką (przetestowane). Zawartość jednak wynagradza braki opakowania. Na zdjęciu nie ma aplikatorów dołączonych do palety, bo zrobiłam z nimi to, co ze wszystkimi pacynkami, które są wrzucane do opakowań. Siuch do śmietnika :)


W środku jest klasyczna, bardzo dobrze napigmentowana czerń (matte, jak zapisano na opakowaniu). Co jest dla mnie logiczne - to najmniejszy cień w palecie. Dookoła niej mamy również czerń ze srebrnymi, dość dużymi drobinami (metallic), złoty, średni brąz (w gatunku MACowej Patiny, której nigdy za wiele - satin), delikatna, srebrna szarość z malutkimi drobinami (shimmer), i satynowa biel (shimmer). Konsystencja jest masełkowa, pigmentacja - bardzo porządna (nie widać tego może na swatchach poniżej, ale kolory są bardzo dobrze widoczne już po jednym maźnięciu). Opisy EL z opakowania są trochę mylące ;)


Czegoś takiego potrzebowałam do klasycznego smoka. Wszystko w jednym miejscu, szarość, grafit, czerń i kontra w postaci starego złota. Trwałość jeszcze musi zostać dokładniej skontrolowana, jednak jestem pewna, że będzie idealna (po doświadczeniach z pojedynczymi cieniami EL).
Znacie? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz